[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zadrżałem.Przypomniał mi zapach koszmaru, który prześladował mnie prawie każdej nocy.Nie mogłem przypo­mnieć sobie żadnych szczegółów snu, wiedziałem tylko, że przesycony był grozą.Nie chciałem być dłużej niepokojony przez pełzające kamie­nie.Dosyć tego.Czym one są? Skąd przyszły? Dlaczego różnią się od nor­malnych kamieni? A jeśli o to chodzi, to dlaczego Równina jest tak śmiesznie inna? Dlaczego jest taka wojownicza? Tylko my utrzymujemy się na jej powierzchni, sprzymierzeni przeciw­ko potężniejszemu wrogowi, żeby roztrzaskać Panią i patrzeć, jak rozwija się nasza przyjaźń.— Wkrótce, to znaczy kiedy?— Kiedy będą gotowi.— Wspaniale, stary kamieniu.Przekonujące stwierdzenie.Mój sarkazm pozostał nie zauważony.Po prostu menhiry oceniały go według własnej skali.— Pięć armii — powiedział.— Nie będą długo czekać.Wskazałem na niebo.— Schwytani krążą z własnej woli.Nie wyzwani.— Nie wyzwani.To prawda, ale z jednym zastrzeżeniem.Sprzymierzeńcy powinni być sprzymierzeńcami.A pojawienie się na Równinie większej ilości latających wielorybów i mant zwykle uważane jest za wystarczające wyzwanie.Przyszło mi na myśl, że Schwytani mogli je przekupić.— To nie tak.— Menhir przesunął się i jego cień padał teraz na moje stopy.W końcu spojrzałem na niego.Miał zaledwie dziesięć stóp wysokości.Prawdziwy karzeł.Do diabła! — zakląłem.Odczytał moje myśli.— Zadawanie ciosu zawsze z silnej pozycji jest nie­możliwe — mówił dalej to, co już wiedziałem.— Uważaj.Wezwano Ludzi, by zastanowili się nad zaakceptowaniem was na Równinie.A więc ten gadatliwy klamot był emisariuszem.Plemiona przestraszyły się.Pomyśleli, że unikną kłopotów, jeśli pozbędą się nas stąd.— Ach, tak?Określenie “Ludzie” prawdopodobnie nie oznaczało czegoś w rodzaju parlamentu, który podejmował tu decyzje, ale nie wymyśliłbym lepszego.Jeśli wierzyć menhirom — a kłamią tylko w wyniku opuszczenia albo pośrednictwa — to Równinę Strachu zamie­szkuje ponad czterdzieści inteligentnych gatunków.O ile wiem, należą do nich menhiry, wędrujące drzewa, latające wieloryby i manty, garstka ludzi (prymitywnych i pustelników), dwa rodzaje jaszczurek, ptak podobny do jastrzębia, olbrzymi biały nietoperz oraz nadzwyczaj rzadki stwór, który wygląda jak wieloryb i centaur złączone plecami.To znaczy w połowie humanoid, biegnący przed siebie stroną, którą większość uznałaby za jego pośladki.Niewątpliwie policzyłem wszystkie pozostałe bez rozpozna­wania ich.Goblin twierdzi, że widział małą skalną małpę, żyjącą w ser­cu wielkiej rafy koralowej.Jednak zapewniał, że wyglądała jak miniaturka Jednookiego, więc nie jestem pewien, czy mu wierzyć.— Polecono mi przekazać ostrzeżenie — oznajmił menhir.— Na Równinie są obcy.Zadałem kilka pytań, a kiedy nie odpowiedział, odwróciłem się zirytowany.— Przeklęty kamień.— zakląłem, gdy zobaczyłem, że zniknął.Tropiciel i jego kundel stali w wejściu do tunelu i obser­wowali Schwytanych.Powiadomiono mnie, że Pupilka dokładnie przesłuchała Tropiciela i była zadowolona.Posprzeczałem się z Elmo, który polubił Tropiciela.— Przypomina mi Kruka — powiedział.— Możemy po­trzebować kilku setek Kruków.— Mi też przypomina Kruka — odpowiedziałem.— I to właśnie mi się nie podoba.Ale po co to roztrząsać? Nie zawsze każdego lubimy.Pupilka uważała, że Tropiciel jest w porządku.Elmo zgadzał się z nią.Porucznik akceptował go.Dlaczego moje zdanie powinno się różnić? Do diabła, jeżeli Tropiciel ulepiony jest z tej samej gliny co Kruk, to Pani ma nie lada problem.Wkrótce czeka go wystarczający test.Pupilka coś planuje.Przypuszczam, że chce pierwsza uderzyć.Możliwe, że na Rdzę, gdzie Kulawiec wzniósł swoją kolumnę.Kulawiec.Zmartwychwstały.Zrobiłem wszystko oprócz spalenia ciała, a właśnie to powinienem był zrobić.Przeklęty.Jeśli jest jedynym, to wszczynanie alarmu jest co najmniej dziwną reakcją.Czyżby inni także przetrwali pozorną śmierć? Czyżby czekali w ukryciu, by wprawić świat w osłupienie?Na moje stopy padł cień i to przywołało mnie do rzeczywis­tości.Obok stał Tropiciel.— Wyglądasz na nieszczęśliwego — powiedział.Musiałem przyznać, że wobec każdego stać go było na grzeczność.Spojrzałem na latające patrole, z którymi wiązały się wspo­mnienia dawnych walk.— Jestem starym, zmęczonym żołnierzem.Walczyłem jesz­cze, zanim się urodziłeś.I nie widzę już żadnych wygranych.Uśmiechnął się nieznacznie, prawie tajemniczo.Wzbudziło to we mnie niechęć, jak wszystko zresztą, co robił.Nawet jego przeklętego psa darzyłem tym samym uczuciem, choć wciąż tylko spał.Doprawdy nie pojmuję, jak taki próżniak zdołał odbyć tak daleką podróż z Wiosła.Taki wysiłek powinien przekraczać jego możliwości.Założę się, że nawet jedzenie nie skłoniłoby go do pośpiechu.— Bądź dobrej myśli, Konowale — powiedział Tropi­ciel.— Ona upadnie.— Ton jego głosu świadczył o absolut­nym przekonaniu.— Nie ma siły, by poskromić świat.Kolejna alarmująca informacja.Czy była to prawda czy nie, jego sposób wyrażania opinii był niepokojący.— Ściągniemy ich wszystkich na dół — oznajmił, wskazując Schwytanych.— Oni nie są prawdziwi, jak tamci starzy.Pies Zabójca Ropuch kichnął na buty Tropiciela.Ten spojrzał na psa z góry.Myślałem, że kopnie kundla, ale zamiast tego pochylił się i podrapał go za uchem.— Pies Zabójca Ropuch.Skąd wzięło się to imię? — zapy­tałem.— O, to stary kawał.Z czasów, kiedy obaj byliśmy dużo młodsi.Tak się do niego przyzwyczaił, że teraz domaga się, żeby wypowiadać je w całości.Roztargnione spojrzenie Tropiciela zdradzało, że myślami był daleko stąd, choć wciąż patrzył w kierunku Schwytanych.Dziwny.Przynajmniej przyznał się, że był młody.To był czuły punkt ludzi takich jak Tropiciel i Kruk.13.RÓWNINA STRACHU— Ty! Konowale! — Porucznik wyszedł na zewnątrz.— Co?— Niech Tropiciel cię zmieni.— Do końca mojej warty zostało zaledwie kilka minut.— Pupilka cię wzywa.Spojrzałem na Tropiciela.— Idź — powiedział, wzruszając ramionami i odwrócił się twarzą ku wschodowi.Przysięgam, że wyglądało to tak, jakby włączył czujnik i stał się podstawowym posterunkiem.Nawet Pies Zabójca Ropuch otworzył jedno oko i obser­wował.Odchodząc musnąłem palcami jego łeb, co w moim mnie­maniu miało być przyjaznym gestem.Warknął.— Tylko tak dalej — powiedziałem i dołączyłem do Porucz­nika.Wydawał się zaniepokojony, choć zawsze zachowywał zimną krew.— O co chodzi? — zapytałem.— Wpadła na jeden ze swych dzikich pomysłów.O rany! — jęknąłem w duchu.— Jaki?— Rdza.— No tak! Wspaniale! Chce ją zdobyć i to szybko! Myślałem, że zostało to już przedyskutowane.Chyba próbo­wałeś odwieść ją od tego?Wydawałoby się, że człowiek powinien przyzwyczaić się do smrodu, w którym żyje od lat, a jednak, kiedy weszliśmy do dziury, mój nos zmarszczył się i zacisnął.Po prostu nie można trzymać tylu ludzi w szybie bez wentylacji, ale nie mieliśmy wyboru.— Próbowałem, ale powiedziała, żebym załadował wóz i pozwolił jej martwić się o ślepe muły.— W większości przypadków miała rację.— Jest przeklętym militarnym geniuszem [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • agnieszka90.opx.pl